Szymon Babuchowski
Poranek w Vézelay
wstałem piąta piętnaście by przyłapać słońce
wąska uliczka wiodła wśród sędziwych domostw
ptaki kryły się w bramach na dachach – ich głosy
obudzone przeczuciem przechodziły w alarm
a kiedy już ze wzgórza objąłem horyzont
zdawało się że krzyczą wszystkie lasy świata
i tylko ludzie spali snem niesprawiedliwych
reszta planety drżała przed nadejściem Pana
nie było wschodu słońca – skryło się za chmury
nie jesteś taki łatwy nie dasz się przyłapać
ucichły nawet ptaki – teraz miasto huczy
zawiedziony Japończyk chowa swój aparat
Tyniec
jesteś – wiem że tu jesteś – nie schowasz się Boże
polowałem na Ciebie odkąd wczesnym rankiem
wpadłeś przez uchylone drzwiczki samochodu
i przez okno uciekłeś – deptałem po piasku
szukając Twoich śladów na ubitej ziemi
wśród ostów i kretowisk brnęły moje stopy
do miejsca w którym kamień ciął rzekę na strzępy
i pruły sukno nieba wielkie samoloty
ze wzgórza patrzył klasztor mierzył groźnym wzrokiem
okolicę przeciętą mętnym lustrem Wisły
surowe serce dzwonu budziło niepokój
dreszcz przechodził po murach a w kościelnej ciszy
słychać było drażniące brzęczenie żarówek –
nagle chorał popłynął łagodnie i miękko
twarze mnichów jaśniały mocniej z każdym słowem
słabe światełka głosów rozbijały ciemność
tysiące małych świateł po wyjściu z kościoła
czarne niebo po którym płyną złote ryby
wyławiane z ciemności pojedyncze słowa
frazy wyrwane z księgi fragmenty modlitwy
ptak się zrywa i leci by utonąć w czerni
jeszcze chwilę trzepocze ten dźwięk w naszych uszach
a potem wszystko cichnie – tylko my jesteśmy
jak ramy bez obrazu jak nuty bez klucza
Fuerteventura
wyrzuceni z wulkanu na piaszczystą plażę
w cieniu palm w sztucznym raju i w błogim nieróbstwie
leżymy poślubieni tu nad oceanem
i w jego miękkim huku świętujemy hucznie
pół kilometra dalej jest prawdziwe życie:
góry zastygłej lawy księżycowa przestrzeń
rdza złoto miód i czerwień – pustynne pastwiska
na których tylko kozy znajdą coś dla siebie
wczoraj byliśmy w drodze – dzielny nissan micra
niósł nas przez wietrzną wyspę wstęgami z asfaltu
Twoim rękom poddana była kierownica
ale to moje oczy pilnowały mapy
więc tak będziemy jechać – przez oazy piaski
wytyczać nowe trasy ustalać przystanki
po drugiej stronie oczu widzieć rozkład jazdy
mieć nocleg w naszych ciałach i dom z naszych pragnień
Obrączka
ziemia tryskała wiosną w tamto popołudnie –
plamy jasnej zieleni biel brzóz wyścig kwiatów
i tylko ciemnych sosen niezgłębiona studnia
szeptała: oto wielka tajemnica lasu
z Katowic do Opola kołysał mnie pociąg
coś kończyło się we mnie i coś zaczynało
powietrze było pełne przezroczystych głosów
które śpiewały: miłość nigdy nie ustaje
kto mógł wtedy przewidzieć że moją obrączkę
połknie tydzień po ślubie ocean zaborczy
i nasze wspólne motto z Listu do Koryntian
zechce zamknąć w przepastnym brzuchu wieloryba
a jednak wielkie wody nie zdołały zgasić
tego ognia – od niego ocean się pali
i płonie wnętrze ryby a płomień od nowa
wypala na języku zatopione słowa
to zdanie na obrączce wyryte na wieki
niech będzie pieśnią życia niech mnie zawsze niesie
i nawet jeśli przyjdzie pokusa ucieczki
niech mnie zawraca z drogi i wiedzie do Ciebie
ciągle jedzie ten pociąg wynurza się z lasu
wypływa na powierzchnię wyłania się z ognia
i na dalekim brzegu w całkiem innym piasku
błyszczy się wyrzucona przez morze obrączka
Na pogrzeb
Wasilij Pierow: Pogrzeb wiejski
sunie skrzynia na saniach po głębokim śniegu
dzieci szukając ciepła obejmują drewno
nie dojrzysz spoza ramy: ranek to czy wieczór
czy od nadmiaru bieli zrobiło się ciemno
za chwilę sypnie śniegiem lecz nawet w zamieci
policzysz wszystkie żebra wychudzonej szkapy
mgła się kładzie jak całun pies szczeka w powietrze
ponad kopuły cerkwi wzbijają się ptaki
Szymon Babuchowski
|